Stolica u stóp Uralu Jekaterynburg

Ekatierinburg po rosyjsku, Yekaterinburg po angielsku, po polsku Jekaterynburg a po tutejszemu po prostu Jeka. Czwarte co do wielkości miasto w Rosji; liczy 1,5 mln mieszkańców, tak jak Warszawa. 15 kilometów za miastem przebiega geograficzna granica Europy i Azji. Powstało w 1723 roku, u stóp Uralu, nad rzeką Iset, w miejscu gdzie istniała wioska staroobrzędowców, w okolicy jeziora Szartasz i gdzie na początku XIX wieku odkryto złoża złota. Swoją nazwę wzięło od carycy Katarzyny, (Jekatieriny), żony Piotra I Wielkiego. Przez Jekaterynburg poprowadził on Wielki Trakt Syberyjski, łączący europejską część Rosji z Dalekim Wschodem. Przez Jekaterynburg przebiega Kolej Transsyberyjska. Prawa miejskie Jekaterynburg otrzymał w 1781 roku, a w 1783 pierwszy herb z rąk rzeczonej Katarzyny. W Jekaterynburgu w 1918 roku więziono i zamordowano carską rodzinę. Za miastem znajduje się miejsce w którym w 1993 odnaleziono ich szczątki; dziś jest to miejsce kultu i pielgrzymek nie tylko wyznawców prawosławia. W latach 1924-1991 miasto nosiło nazwę Swiedrłowsk, na cześć bolszewickiego przywódcy Jakowa Swierdłowa. Tu w latach 1977-85 Borys Jelcyn sprawował urząd I Sekretarza Partii. Zapraszam do czytania moich wrażeń z zamieszkiwania w „dzikiej” według niektórych części Rosji i dzielenia się spostrzeżeniami. Maila znajdziecie w zakładce „Kontakt”

Special thx dla tych którzy przyczynili się do powstania tej strony: Moich najbliższych, za smęcenie żebym wreszcie to napisała i za intelektualne kopniaki; Ojcu za to, że mnie nauczył robić zdjęcia; Małgosi za wirtualny doping i kultywowanie tradycji epistolarnych w Internecie; Kasi za pomysł dzięki któremu projekt nabrał realnych kształtów; Anetki, która zawsze cierpliwie czytała moje najdłuższe i nawet najnudniejsze maile; oraz liniom lotniczym dzięki którym bezpiecznie przemieszczam się między Polską a Rosją i mogę pisać kolejne kawałki bloga ;-)



 
 9 maja 2011 (o świcie) 
 
 
 
 (czyli tuż po północy w Polsce; różnica czasu Polska-Jekaterynburg to 4 godziny do przodu)
 
 
Po prawie sześciu godzinach nocnego lotu, z przesiadką w Helsinkach, półgodzinnej jeździe do miasta z lotniska Kolcowo, jesteśmy na miejscu.
Pierwsze wrażenia z miasta o świcie?
Szerokie, betonowe ulice - bez wymalowanych pasów - stwierdzam z zaskoczeniem (kierowcom to nie przeszkadza, jadą wirtualnymi, jak kto je widzi, tak jedzie), wysokie budynki mieszkalne, z czego – na oko - połowa dopiero w budowie. Warszawa ma zabudowę parterową, stwierdzam, zadzierając głowę, żeby ogarnąć „nasze” blokowisko. Podjeżdżamy pod ogromny czerwonobrązowy blok mieszkalny.
Zwarta bryła, szesnaście pięter, z dziesięć podjazdów pod klatki. Tu nie ma parteru (to znaczy jest, ale wysoki i liczy się go jako 1-sze piętro), trzeba walizki wtaszczyć po kilkunastu schodach pod drzwi wejściowe i sforsować pierwsze drzwi o wyglądzie bardzo starej szafy pancernej. Wpychamy się klnąc i walcząc z rozsuwanymi drzwiami, ze wszystkimi walizkami do małej windy, bo dużą ktoś wciągnął na ostatnie – szesnaste - piętro i zablokował.
Drugie drzwi „pancerne” i pierwszy klucz.
Kolejne i kolejne, w sumie trzy klucze
(jak się później dowiem, Rosjanie mają świra na punkcie przepisów przeciwpożarowych i ich przestrzegania; stąd te ilości ogniotrwałych drzwi i brak gazu w wysokich budynkach). Za ostatnimi, pancernymi, normalne, drewniane, bez zamka, takie do rozwalenia jednym kopniakiem i niesamowicie zakurzona wycieraczka. Dzień dopiero się zaczął, a my idziemy spać. Oglądam pobieżnie mieszkanie (może być), oceniam ile dni będę musiała je sprzątać (jeden wystarczy) i padam spać. Powoli zaczyna się Dzień Zwycięstwa, (tu wolny od pracy) jedno z największych świąt federacji. Pierwsze odkrycie - woda z kranu śmierdzi bagnem - jak dowiem się później, to jedna z uciążliwości Jeka, prócz korków ulicznych i wszechobecnego kurzu - woda do mycia jest z rzeki, a pitną kupuje się w sklepie. Zasypiając na twardym łóżku zastanawiam się jak to będzie, „normalnie” tu mieszkać…

 9 maja 
 
 
 
Dzień Zwycięstwa, pierwszy naszego pobytu; trwa świętowanie na ulicach.
Mężczyźni, kobiety, młodzież, na ławkach w centrum, w krzakach – wszyscy "coś" popijają. Uderza mnie to, że można palić na ulicy, przystankach. I to, że wszyscy są uśmiechnięci. Jeżdżą samochodami pomalowanymi w barwy Rosji, z zatkniętymi za uchylonymi oknami samochodów flagami.
No, ale to przecież święto, jedno z największych w Federacji.
Zaliczamy ukraińską restaurację o nazwie „W Wiecziernom Chutorie”.
Specjalność barszcz ukraiński i pielmieni.
Oczywiście próbuję jednego i drugiego. Barszcz zbliżony składem do wersji „naszej, polskiej” przynoszą tutaj z mikrokromką razowca z plastrem wędzonej słoniny i setką ukraińskiego samogonu… Pielmieni to tutejsze pierogi – z mieszanego, mielonego wołowego i wieprzowego mięsa, gotowane, pieczone lub zapiekane (w małych kamionkowych garnuszkach, z czymś podobnym do sosu beszamelowego, pieczarkami, plasterkiem pomidora i żółtym serem na wierzchu), różnej wielkości, od maleńkich takich jak włoskie tortellini, do wielkich prawie takich jak litewskie pyzy-cepeliny.
Ja zamawiam gotowane, przez przypadek, bo mój rosyjski jest jeszcze za kiepski. Pyszne. Polecam ;-)
Wychodzimy z restauracji, a atmosfera zabawy na ulicy trwa.
Do późna w nocy odbywają się festyny; w Parku Majakowskiego który widać z okna, niekończące się pokazy sztucznych ogni. Rosjanie potrafią się cieszyć i bawić i robią to z zadziwiającym mnie nieodmiennie rozmachem.

10 maja

Zrobili nam zdjęcia do stałej wizy – wchodzimy do „fotografa” – taboret, jedna biała parasolka na statywie.
Delikwent każe siadać, siadam, gość wyciąga kompakta, z wbudowanej lampy dostaję na wprost po oczach (zdjęcie robi siedząc, spod parasolki ustawionej mi prosto w twarz).
Mało trupem nie padłam jak zobaczyłam fotę.
Jak z kroniki policyjnej, en face, ale może o taką chodzi…
"Fotograf" odpalił ją zaraz w jakimś programie graficznym, z dumą nam zaprezentował, z grubsza przyciął, wydrukował w try miga zanim zdążyłam zaprostestować i powiedzieć, że chcę powtórzyć ujęcie, zainkasował w przeliczeniu 18 naszych złotych...
I mam wyjebiste zdjęcie w wizie.

 11 maja 
 
 
Zżywam się z miastem, a nie jest łatwo.
Po postprzyjazdowej euforii zaczynam łapać chandrę. Posprzątałam wszystko co się dało i szukam sobie dalej zajęcia.
Budynki mieszkalne są ogromne. Ten, w którym mieszkam, jest koloru moich ukochanych familoków, ale ma 16 pięter i jest w kształcie wielkiej litery C. Z tym, że tu nie a parteru, jak pisałam, choć właściwie to jest, ale na wysokości pierwszego piętra. Na parterze są zwykle lokale usługowe i tak czy owak się go nie liczy i już. Blok jest ogromny – wejść do klatek jest chyba z 10, każde po 16 pięter, na piętrze jakieś 10 mieszkań… Jestem tu jak mrówka, a kiedy patrzę przez okno czuję się jak w więzieniu, bo wszystko co widzę patrząc w lewo to okna, okna, okna, uwięzione w czerwonym murze. Brakuje tylko skłębionego drutu kolczastego, który tutaj mają na prawie każdym płocie fabryki czy urzędu. I te oszklone balkony (praktycznie - ze względu na wiatry w zimie i śnieg) które sprawiają, że czujesz się jak Królewna Śnieżka w szklanej trumience.
Widok z okna na wprost jest imponujący i daje jako takie pojęcie o wielkości miasta (do centrum mam jakieś pół godziny pieszo).
jest wielkie, dość czyste, zielone i niesamowite.
Ulice są betonowe, krawężniki sięgają do pół łydki.
Ulicami jeżdżą tramwaje, autobusy, trolejbusy (!); samochody też tu niezgorsze, z kierownicami po obydwu stronach (te „lewe” są sprowadzane z japonii…)
Internet nie działa.
Telefon mam nie doładowany – tu nie znają telefonów na abonament – podobno nie płacą i to takie zabezpieczenie…
Odświeżam sobie co rano mój prastary rosyjski oglądając na zmianę uralskie wiadomości i bajki dla dzieci (najprostsze słownictwo – ciekawe kiedy się cofnę w rozwoju… ;-)
Zabijam czas wyglądaniem przez okno, potem spacerowaniem po mieście. A tak szczerze to z domu wygania mnie przyziemna potrzeba włoszczyzny na zupę. Przeszukałam pięć sklepów w dzielnicy; nie jakichś sklepików, sporych osiedlowych sklepów. Obejrzałam wystawy wszystkich kiosków z warzywami na każdej przemierzonej ulicy, nic.
Nie ma włoszczyzny.
Dopiero czytając jakiegoś bloga o rosyjskiej kuchni trafiłam na informację, że włoszczyzny, typowej dla Polski, tu nie uświadczysz… Seler jest, cebula jest, marchew bardzo dobra też, por się trafia, owszem, ale wszystko oddzielnie trzeba kompletować, a korzenia pietruszki w ogóle się w Rosji nie dostanie. Suszony, w torebce jako przyprawa, jest. Natka pietruszki suszona też.
Jest też coś co nazywa się „nabor zielieni” – w wąskiej styropianowej tacce, obciągnięty folią, komplet zieleniny – po kilka gałązek koperku, pietruszki i szczypiorku. Skądś przecież biorą natkę pietruszki!
Ale skąd?
Przy okazji spacerów oglądam sobie moje osiedle. Dzielnica ogromna. Oktiabrskij Rajon. Zielona. Zaskakująco czysta. Na wszystkich łysych po zimie trawnikach elegancko oprawione w koszulki kartki a4 z napisem „po gazonach nie chadzic”.
Widać mają tu jeszcze kult trawnika, nie to co w Polsce.
Namiętnie malują łańcuchy odgradzające ulicę od chodnika. W ogóle praca tu wre, czuję się jak truteń w ulu… Jak się dowiaduję, pracują tu 12 godzin na dobę... Ale dzień tu długi – piąta rano (pierwsza w nocy w Polsce) i już jest jasno; 22.30 i jeszcze jest jasno.
dziwna rzecz, słońce zachodzi, a wygląda to tak, jakby zbierało się na burzę – niebo robi się ciemnoniebieskie.
12 maja
Wieczorem impreza „powitalna”.
Skończyła się w nocy, ostrym pijaństwem.
Dość powiedzieć, że obudziłam się na podłodze w łazience.
15 maja
To cud, że przeżyłam.
Z pękającymi jeszcze głowami jedziemy na zakupy… bo lodówka pusta.
Centrum handlowe ogromne.
Warszawskie centra przy nim wyglądają jak budy dla psów; no może Złote Tarasy im dorównują… Ceny zbliżone do polskich.
Woda mineralna dość droga (trafia się czasem nawet w litrowych workach) , może dlatego, że Jekaterynburg w ogóle ma problem z wodą pitną – mam w kuchni dwa krany – jeden z wodą do zmywania, drugi z wodą do picia, mycia owoców, warzyw.
Czarny kawior jest tu w cenie chipsów z Biedronki – 120 gramowy słoiczek.
W supermarkecie – ogromnym! - mają tu Auchana - kłębiący się tłum i towary z całego świata.
Imbir, kitajskaja kapusta, gruszki w pięciu rodzajach, liczi i mango, i owoce których nie potrafię nawet nazwać, zwały kiwi, jak u nas jabłek w sezonie, paskudne pomarańcze (zatem podobno bardzo dobre w środku ;-) winogrona w każdym kolorze, sałata włoska, kubański ryż (!), czeska Vegeta, polskie przyprawy Apetity, syrop malinowy lubelskiego Herbapolu, szwajcarskie kiełbaski, rosyjskie kosmetyki (świetne, swoją drogą, ale o kosmetykach więcej innym razem).
A ile rodzajów ryb…! Słyszałam, że Rosjanie mają ogromną słabość do tortów, ale tam zobaczyłam prawdziwy festiwal ciast – polskie supermarkety wypadają smętnie. Kiełbasa – z wyglądu dość interesująca, ale nie pakowana próżniowo – leży w płytkich szarych „szufladach”, a paluszki krabowe nie są mrożone. W Polsce po rozmrożeniu przypominają gumę, a tu są pyszne, sprężyste, w supermarkecie leżą w chłodniach jak wędliny, nie jak lody po zamrażarkach. Pomidory są normalne, i wyglądem i smakiem "jak polskie". Natomiast ogórki zasługują na uwagę – wyglądają jak przerośnięty polski gruntowy ogór. wielkości krótkich szklarniowych, ale pryszczate jak gruntowe. dziwne, ale bardzo dobre.
A pieczarki po tutejszemu to szampiniony.
Poza tym mają tu papier toaletowy o zapachu fiołków i gumę do żucia o smaku poziomek.
Dobrze, że nie odwrotnie... ;-)
16 maja
Zbieram odwagę i wychodzę sama do miasta. Skoro nie zabiła mnie tutejsza wódka, to co mi tam, nie zabije i ulica. Wychodzę bez aparatu, bo nic nie wiadomo, choć znajomy Rosjanin zapewnia mnie, że tu bezpiecznie. Dopóki się sama nie przekonam, nie ma mowy żebym wyniosła aparat na ulicę i koniec.
Budynki mieszkalne stawiają tu z rozmachem, stwierdzam, spacerując.
Ulice - bez wymalowanych pasów (kiedy zapytałam Saszę, dlaczego bez poziomych znaków?) popatrzył na mnie z uśmiechem i zapytał po co, trzeba by było trzymać porządek, a tak każdy jeździ jak chce. Ot, rosyjska odmiana indywidualizmu ;-) Ale to prawda, jeżdżą jak chcą, ale pieszych na przejściu szanują.
Przejścia dla pieszych rozpoznaje się po sygnalizatorach – górne czerwone światło wygląda jak agresywna dziwka a dolne zielone jak lunatyk.
Natykam się na rosyjski praktyczny wynalazek "uliczny":
Policji sporo, ale interesują się głównie samochodami z obcymi rejestracjami.
Posterunek milicji (policji od lutego br.) jest w bloku obok. A jaki refleks mają tutejsi kierowcy…! Patrząc z okna taksówki jak lawirują, stwierdzam, że tutejsza ulica to dżungla i ze przeżyje najsprytniejszy i najszybszy.
Kolejna rzecz to chodniki. Tu nie znają kostki brukowej – i w sumie chwała Bogu, bo nieładne to i nadaje się tylko do spacerowania.
Do rolek tutejsze chodniki nadają się świetnie, ale wczoraj widziałam młodzież na rolkach jadącą brzegiem ulicy…
Przechadzając się „widzę” zdjęcia i trochę żałuję, że jednak nie mam ze sobą aparatu. Na ulicach rzeczywiście jest bezpiecznie. Ale odróżniam się od tutejszych pięknych i wystrzałowo ubranych dziewczyn. W bojówkach, czarnym swetrze i zwykłym, białym t-shircie jestem tu niewidzialna. Minispódniczki, buty na niebotycznych obcasach i platformach, siatkowe rajstopy, błyszczące paski, wielkie kolczyki, brokatowe napisy, bransoletki, mocno zdobione torebki, złote kurteczki… Za dużo błysku & lekki kicz = "rosyjska elegancja", ale i tak zaczynam czuć się jak wór, patrząc na odstawione długowłose i smukłonogie studentki z całej Rosji.
17 maja
Uczę się rosyjskiej kuchni.
Czytam blogi w poszukiwaniu jakiegoś sensownego przepisu na bliny. Znajduję jeden i decyduję się wypróbować kupioną parę dni temu mąkę gryczaną. Otwieram torbę i wiem już, że to będą inne bilny. W Polsce w sklepach ze zdrową żywnością można kupić jakieś trociny, nie mąkę. Zdaje się, że gryka przed zmieleniem jej jest czyszczona z łusek; tutejsza jest ciemna, co pozwala domniemać, że ziarno jest mielone w całości i stąd ten cudowny, jakby zakurzony zapach. Bliny rzeczywiście są zupełnie inne. Podane klasycznie po rosyjsku, oczywiście z rosyjskim szampanem, pod którym tutaj uginają się półki w każdym sklepie… A jak uda mi się opanować kuchenkę elektryczną i ich nie przypalać, zrobię fotę i wrzucę do bloga.
Czytając blogi trafiam na opis „drinka” jaki jest (ponoć) specjalnością pracowników rosyjskiej ambasady w Polsce – do wiadra napełnionego lodem wlewa się spirytus i szampanskoje; miesza symbolicznie i czerpie łyżką „zupną” do picia.
Zakąsza się suszoną rybą.
Cytując autora relacji który ponoć był przy degustacji, drinka tego „nie wytrzymuje najgorszy moczymorda”.
18 maja
Pogoda jak u nas na początku maja; tyle, że bez śniegu. Podobno tu i w lipcu potrafi spaść śnieg, więc zobaczymy… Od wczoraj jest przesłonecznie, tyle, że zimno dość – jakieś 15 stopni w ciągu dnia, w nocy do kilku na plusie. Dziś w 20 minut zachmurzyło się, powiał syberyjski wiatr, zagrzmiało i z czarnych chmur spadł... deszcz ze śniegiem. Kobiety chodzą w kozakach i futrach. "Normalnie" jest potwornie sucho – normalna wilgotność powietrza to tutaj ok. 30-40 %. W najbliższych dniach ma być 17%... W nocy budzę się kilka razy żeby się napić, taką mam Saharę w gębie. Nie, nie przez kaca… Tutaj grube ręczniki uprane rano schną tego samego dnia powieszone na drzwiach od szafy w mieszkaniu. Co ciekawe, grzać przestają kiedy trzy dni po kolei temperatura w ciągu dnia przekracza 8 stopni. Jak przyjechaliśmy było bardzo ciepło, a kaloryfery dawały na całego – pewnie to było trzeci z kolei ciepły dzień ;-) a w nocy można było się wściec z gorąca.
19 maja
Odkrywam w supermarkecie "na miecie" rosyjski odpowiednik chipsów. Coś jak sucharki (kostka albo słupki) z razowego chleba o smaku… galarety z chrzanem, ogórków małosolnych, kawioru, myśliwskich kiełbasek, grzybów w śmietanie… Są i pospolite” smaki: ser z szynką, salami, szaszłyk, czosnek. Później się dowiem, że są i „klasyczne” ziemniaczane chipsy o smaku kawioru. Prawdopodobnie „chipsowi” potentaci produkują je tylko na Rosyjski rynek… Do piwa są też suszone ryby albo kalmary. Suchych ryb naliczyłam 6 gatunków; po otwarciu opakowania wybór jeść czy nie jeść należy do twardzieli ;-) Jeśli jednak zdecydujesz się jeść, nie pożałujesz. Po obdarciu rybki ze skóry czeka cię prawdziwa esencja smaku - idealna słoność włókienek rybiego mięsa powoli rozmiękająca w ustach.
W środku każdego opakowania zuboczistka – pierwsze słowo jakiego się nauczyłam w Rosji; oznacza wykałaczkę.
20 maja
Przy okazji spacerów do supermarketu obserwuję plac manewrowy szkółki jazdy. Tu samochód „ćwiczeniowy” ma na tyle dachu miniaturową białą piramidę z czarną obwódką i czerwoną literką „u” (rosyjskie „uczenik” oznaczające ucznia). Ryzykownie, bo znaczek ledwo widać.
21 maja
Pierwsze „podejście” do Cerkwi na Krwi. Kupujemy mapę Jekaterynburga i studiujemy ją uważnie rozłożoną na podłodze w kuchni. Wygląda na to, że jak pójdziemy wzdłuż rzeki, dojdziemy do cerkwi. „Chram na Krowi” stoi rzeczywiście przy ruchliwej ulicy, w przepięknym , zadbanym parku, w którym można na przyniesionym kocu odpocząć albo urządzić sobie piknik.
Przed cerkwią fotografują się młode pary i turyści. Na kamiennych stopniach kilku nienachlanych żebrzących. Podchodzimy pod drzwi i okazuje się, ze jestem niestosownie ubrana – powinnam mieć szal na głowie i nie mogę wejść w spodniach. Wrócimy innym razem, tymczasem zadowalam się fotografowaniem cerkwi z zewnątrz. Mimo, że nie wzięłam polara, chmury na zdjęciach wyszły niesamowicie.
22 maja
Muzeum Metenkova.
Oczywiście wszyscy którzy usłyszeli, że fotografuję, powiedzieli mi, że koniecznie muszę je odwiedzić. Problem był w tym, że zamiast tekstu po odpaleniu strony pokazywały się robaki. Strona jest po rosyjsku i koniec.
Metenkov to taki uralski Hartwig.
Budynek w którym mieści się muzeum był domem i pracownią fotograficzną. Metenkov umarł w 1923 roku zdążywszy obfotografować ówczesny Jekaterynburg i nieco jego okolic.
Akurat trwa wystawa „Piktorialne fotografie Sankt Petersburga”. Przez sentyment dla Landskapistów oglądam je jednym okiem, moją inspiracją zostanie jedyny na wystawie portret w stylu Klimta.
Postarzony akt w stylu secesji, jakby zakurzony, pomięty i porysowany, z ramką z jakiegoś nadzwyczaj udanego i pracochłonnego kolażu.
Cudo.
A teraz deser.
Niecierpliwie schodzę na parter, do komisu ze sprzętem foto, jestem w niebie, albo raczej w sklepie ze słodyczami… Książki i prasa o tematyce fotograficznej.
Oczywiście po rosyjsku.
Niektóre aparaty oglądam po raz pierwszy w życiu. Cztery pięknie zachowane Kijewy 88 są gwiazdami długiej przeszklonej gabloty i to one od razu rzucają się w oczy i przy nich, zachwycona, sterczę najdłużej.
Przeznaczenia niektórych sprzętów nawet się nie domyślam. Obiektywy na M-42 w skórzanych tubach z welurową wyściółką i paskiem. Spory wybór filtrów o średnicy 58 mm.
Mój zachwyt wzbudza światłomierz Leningrad 2.
Jest sprawny i niewiele młodszy od mojej matki. W solidnym, skórzanym, „rosyjsko” pachnącym futerale w kolorze orzecha.
Kupuję, a niech tam, jak się nie nauczę używać, najwyżej będę nosić na szyi ekscentrycznie jako wisiorek…
23 maja
Pojawia się pierwsze z - jak się później okaże - serii ogłoszeń o przerwach w dostawach ciepłej wody.
Schludna rozpiska na pancernych drzwiach wejściowych. Od tej pory każdy ranek to bieganie ze wszystkimi czterema garnkami wrzątku do ogromnej narożnej wanny, żeby się umyć.
To jeszcze jedna z niedogodności Jeka – ze względu a długą i ostrą zimę konserwowanie sieci zaczynają jak tylko pogoda się poprawi, czyli w maju...
Jest dość gruntowna, jak się okaże prawie 4 miesiące później.
24 maja
Przy okazji wyjazdów do miasta i na zakupy zagadujemy taksówkarzy a oni nas.
Zgadują po akcencie skąd jesteśmy.
Pytają jak nam się tu żyje, podoba.
Czy bardzo Rosja różni się od Polski.
Niektórzy wspominają swoje wyjazdy za zachodnią granicę. Jeden z nich, młody i wesoły chłopak, powiedział nam, że pochodzimy z Bałkanów; prawdopodobnie jesteśmy Serbami.
No ale przy okazji dyskusji o naszej narodowości dostaliśmy namiary na ekstra knajpę z potrawami z grilla. Podobnie krwistego szaszłyku prawdopodobnie nie zjem w żadnej innej restauracji.
Jednego z nich interesowało co Polacy sądzą o Rosjanach w świetle katastrofy w Smoleńsku. Z zakłopotaniem jakby, obserwując naszą reakcję z lekkim niepokojem w lusterku, zapytał nas jak to w Polsce wygląda. Opowiedzieliśmy jak my to widzimy.
Nasze przeświadczenie o tym, jacy naprawdę są Rosjanie niekoniecznie jest prawdziwe. Są zdolni, niesamowicie kreatywni i potrafią ciężko pracować.
Są prawdziwymi patriotami, są dumni z Rosji i armii.
„Rosji nie trzeba rozumieć, ją trzeba kochać” daje nam lekcję patriotyzmu jeden z kierowców.
Mają trochę kompleksów, ale zupełnie niepotrzebnie.
Jako ludzie są przeżyczliwi, sympatyczni, uśmiechnięci; są romantyczni, lubią się bawić, tańczyć, śpiewać.
Uwielbiają kwiaty. Bardzo dbają o swoje dzieci. Mają gest i wiedzą do czego służą pieniądze.
I przede wszystkim nie umartwiają się na zapas.
Są przyzwyczajeni do ciężkich warunków i potrafią sobie z nimi radzić.
Jak powiedział jeden z taksówkarzy „Wszystkie łzy już wylaliśmy, teraz trzeba się cieszyć”.
Inny, z pochodzenia Tatar, sypie jak z rękawa przepisami kulinarnymi, aż zaczynam mieć kompleksy i do łez nas rozbawia opowiadając jak to przyrządzał baranie jądra. Na koniec mówi, że najlepsze mięso jest na targu, a on sam zamówi sobie konia. Pierwsza nasza myśl, chyba fan jazdy konnej, ale zaraz nam tłumaczy, że końskie mięso jest najlepsze, bo koń nie napije się brudnej wody. Osobliwość. A dla nas makabryczne, bo w Polsce się nie jada koni…
Jeden z nich obdarowuje nas płytą z rosyjską poezją śpiewaną, kiedy zachwycamy się nastrojowym, melodyjnym szemraniem dobiegającym z odtwarzacza.
Dzięki jednemu z taksówkarzy, prawnikowi, jak się okazało, doznaję uczucia wyzwolenia - zaczynam myśleć po rosyjsku, żeby to zaraz potem powiedzieć. Zostaję wciągnięta w rozmowę o fotografowaniu i… mówię! A on mnie chyba rozumie!
Dowiaduję się, ze wozi ze sobą aparat i że wczoraj sfotografował yorka klientki. Chcę obejrzeć foty, ale ich już nie ma na karcie, bo je przerzucił wieczorem do komputera…
26 maja
Dzień Matki.
Składam mamie życzenia, odkładam słuchawkę i siedzę pod ścianą, smutna, że tak mam do niej strasznie daleko. Zupełnie jakbym miała znowu kilka lat…
27 maja
Mój debiut w negocjacjach po rosyjsku.
Upatrzoną torebkę kupuję taniej. Udaje mi się nawet wytłumaczyć sprzedawczyni, młodej dziewczynie z figlarnymi oczami, że mam już buty z takimi samymi ozdobami. Uśmiechamy się do siebie porozumiewawczo, jak to tylko dwie baby potrafią.
Wracam do domu dumna jak paw, torebka pojedzie ze mną do Polski. Tego samego dnia spacerując po mieście włażę do księgarni i wybieram cudne, złoto-szafirowe, błyszczące wydanie „Mistrza i Małgorzaty” z psychodeliczną ilustracją na okładce.
Postanawiam czytać po kawałku, a zacznę od mojej ulubionej sceny z balu u Szatana.
28 maja
Odkrywamy skrót – betonowy chodniczek wiedzie nad samym Isetem aż do skrzyżowania głównych ulic, prawie już w centrum miasta.
30 maja
Od rana nie ma ciepłej wody.
Nie ma też prądu.
A że nie ma prądu, a kuchenki ze względu na bezpieczeństwo w tak wysokich blokach są elektryczne, nie ma też ciepłej wody ani herbaty, nie ma jak ugotować obiadu.
Zgrzytam zębami i chodzę wściekła; byle do Polski.
31 maja
Dopada mnie znów potworna tęsknota za Polską.
Żeby ją jakoś zagłuszyć wyciągam walizkę i pakuję ją „wstępnie”. Przez kolejny tydzień będzie leżała na łóżku w drugiej sypialni i będzie przepakowywana chyba ze sto razy.
Mój pierwszy lot do Polski.
I radość i strach, bo w końcu to samotny lot. W dodatku z przesiadką. Pocieszam się, że samolot beze mnie nie poleci.
W końcu FinnAir poczekał…
2 czerwca
Odliczam dni do wylotu do Polski.
Czekamy na nasze stałe wizy; według terminów (3 tygodnie na wydanie dokumentów) powinniśmy je dostać dokładnie za tydzień.
Chciałam być w Polsce dziewiątego czerwca, i już widzę, że nic z tego. Dopóki nie mam wizy, nie mogę kupić biletu, bo z moją jednokrotną (turystyczną) wizą mogę, owszem, raz wlecieć i raz wylecieć z Rosji. Żeby wrócić do Jeka, musiałabym jeździć po wizę do ambasady w Warszawie, a nie mam ochoty komplikować sobie życia. Wkurzona, bo nic nie mogę zrobić, czekam jak na szpilkach.
3 czerwca
Idziemy do Parku Majakowskiego.
Park jest przeogromny, jak wszystko tutaj.
Mnóstwo rodzin z dziećmi.
Część parku tuż za bramą (bilety! po ok. 5 zł.) jest wielkim wesołym miasteczkiem, z przeróżnymi atrakcjami dla dzieciaków w różnym wieku.
Karuzele, domy strachów, wata cukrowa, przezroczyste kule pływające w wodzie, nadmuchiwane zamki, strzelnice, gotowana kukurydza, jest nawet park linowy. W bocznych ścieżkach, już nie utwardzonych chodnikiem rozrywają się starsi – rozkładają się na piknik, popijają piwo. Spacerujemy dalej, okazuje się, że w pewnym momencie park przechodzi po prostu w las, nie ma betonowych schodków, chodników, asfaltu, są leśne ścieżki i ścieżynki i coraz wyższe sosny. Zawracamy i siadamy na ławeczce, których tu mnóstwo, przy fontannach, których jest tu kilka. Piwo z butelek popijają tu wszyscy, co ciekawe, a nikt nie jest pijany. Długim obiektywem, dyskretnie przyglądam się niedzielnemu wypoczynkowi Jekaterynburczyków.
5 czerwca
Robię ostatnie zakupy, dorzucam do walizki pamiątki dla rodziny, znajomych. Zabieram ze sobą kilka „smaków rosyjskich” – suszoną rybę, chrupki o smaku galarety z chrzanem. Ze trzy godziny spędzam w ogromnej księgarni, z rozbawieniem sylabizując wypisane cyrylicą na grzbietach książek nazwiska światowej sławy pisarzy, poetów, filozofów.
9 czerwca
Mam wizę. Bilet też. Za trzy dni lecę! Przez Pragę.
11 czerwca
Łazimy po mieście, właśnie zaczynają się Dni Rosji.
Coś jakby odpowiednik naszego Święta Niepodległości.
Z tej okazji główna ulica, Prospekt Lenina (Lenin Avenue na mapie miasta dla anglojęzycznych ;-) jest zamknięta a pod pomnikiem rzeczonego odbywa się festyn z muzyką na żywo.
Korzystam z tego, że ulicą nie jeżdżą samochody i robię fotę jaką "zobaczyłam" idąc tędy któregoś dnia.
12 czerwca
Pogoda burzowa.
Taksówka przyjeżdża przed pierwszą, o 15-tej mam samolot.
Taksówkarz ledwo upycha moją walizkę w bagażniku. Obwieszona torbą fotograficzną i torbą z laptopem, z trudem włażę na tylne siedzenie. Pierwsza kontrola bagażu czeka mnie tuż za drzwiami terminala.
Bardziej jednak zajmuje mnie to co się dzieje na zewnątrz za szkłem budynku lotniska. Niebo granatowofioletowe i opóźnienie na tablicy odlotów – nie ma szans, żebym zdążyła na samolot z Pragi zgodnie z planem.
Denerwuję się, bo wiem, że to oznacza przebukowanie biletu na praskim lotnisku. Z moim kulawym angielskim może uda mi się przy odrobinie szczęścia jednak dolecieć do Warszawy… Ważenie walizki i lekki stresik, ile ja tam tego wszystkiego mam. 24,5 kilo. Trochę ponad limit. Panienka z check-in ze znudzoną miną nalepia kartkę z oznaczeniem miejsca przeznaczenia mojego bagażu i walizka odjeżdża. Oddycham z ulgą.
Zostaję odprowadzona aż pod stanowiska kontroli paszportowej, przechodzę ją i teraz to jestem naprawdę zdana na siebie.
Strasznie to nie wygląda, ludzie jak ludzie, kupuję wodę na drogę i siadam z laptopem na kolanach pod moim wejściem. Mój misterny plan dostania się do Lublina jeszcze tego samego dnia runął – jak dobrze pójdzie, i o ile mnie ktoś odbierze z lotniska, może nad ranem będę w domu.
Lot w zasadzie mija szybko, samolot ląduje przed dziewiętnastą na Ruzyne; ponieważ stewardessa mówiła po angielsku gorzej niż ja, decyduję się dopytać obsługi lotniska gdzie mam pójść z biletem do Warszawy. Ruchem krótkofalówki niska brunetka w uniformie pokazuje mi stanowisko transfer desk, dodając, że to to czerwone, tam…
W kolejce chyba pół mojego lotu, ja mam szczęście, bo polski LOT leci za godzinę, inni spędzą w Pradze noc, na przykład ten przystojny jasnowłosy Rosjanin, który nie wiedzieć czemu uparł się mówić do mnie po rosyjsku, choć słyszy, że rozmawiam z Czeszką po angielsku.
Z kawałkiem papieru faksowego w łapie zwiedzam praskie lotnisko.
W restauracji na piętrze próbuję zupy gulaszowej i przy pomocy sztućców rozbrajam telefony. Po przełożeniu kart dowiaduję się, że nie mam transportu z lotniska na Zachodni.
Świetnie.
Ciekawe co jeszcze…? Przechodzę drugą kontrolę paszportową (wchodzę w strefę Schengen) i drugą kontrolę bezpieczeństwa, cholera, znowu zabierają mi wodę.
Znajduję numer wejścia i strategiczne miejsce tuż przed ekranami na których wyświetlają się statusy lotów. Z niewygodnego krzesełka podrywa mnie moje nazwisko wybełkotane do mikrofonu.
Podchodzę do obsługi wejścia i okazuje się, że drukują mi prawdziwy bilet na podstawie tego świstka z faksu, który nie okazał się biletem… Moim kiepskim angielskim dopytuję się co z moim bagażem. Pan o wyglądzie filmowego Petera Pettigrew z którejś części „Harrego Pottera” odpowiada, że skoro ze mną przyleciał, to ze mną odleci. Pytam czy na pewno a on demonstruje w uśmiechu dwa okazałe siekacze.
Przysypiam już na leżakokrześle tuż przy odprawie biletowej, kiedy zaczyna się zapokładowanie. Widząc przez okno LOT-owski samolot czuję wzruszenie.
I radość kiedy do witającej podróżnych stewardessy mówię „Dzień Dobry”.
Prawie w całości przesypiam godzinę lotu do Warszawy.
Budzę się tylko wtedy kiedy okazuje się, że mogę się napić Coli Light...
Samolot kołuje nad lotniskiem a ja mam łzy w oczach.
A do tej pory uważałam Słowackiego i tych wszystkich „tęskniących” za egzaltowanych idiotów…
Czekając na walizkę dzwonię po najbliższych, że już jestem!
Odławiam swoją i już siedząc na niej okrakiem dzwonię do Ciotki czy transport z lotniska aktualny.
Na szczęście tak! Kochana Ciotka!
Upycham walizkę poderwaną nadludzką siłą na tylnym siedzeniu Punto Ciotki i jedziemy.
Do domu, brata, do kotów, Polska… Kolacja, rosyjska fajka, pogaduchy, a ja nie jestem senna.
Koty śpią cicho na kołdrze a ja jeszcze mam podniesiony poziom adrenaliny i nie śpię, choć jest trzecia trzydzieści rano. Zasypiam sama nie wiem kiedy, śpię godzinę, i budzę się wypoczęta dobrze przed siódmą, kiedy ciotka cichcem zamyka drzwi do pokoju żeby mnie nie obudzić, bo wstaje do pracy.
Płoszę koty i zwijam się szybciorem, bo Ciotka odwiezie mnie na Zachodni na wczesny autobus. 8.25 i siedzę w busie do Lublina. Po drodze dzwonię do tych do których nie zdążyłam zadzwonić wczoraj. Z okna oglądam letnią czerwcową Polskę; zboże na polach, kwitnące lipy, wysoką trawę. Parę minut przed dwunastą jestem pod Skansenem, rzucam się na ojca i Miśkę i ściskam ich aż im oczy wyłażą. Nareszcie! Nażarta i ogrzana ciepełkiem domu rodziców zostaję odwieziona do domu. Ojciec taszcząc walizkę po schodach marudzi, że co ja tam napchałam. Jestem w domu! Zmęczona, niewyspana, niedomyta i przejedzona. W domu! Przez miesiąc w Polsce!
4 lipca
Wracamy do Jeka jakimś dziwnym lotem, 4 godziny przerwy między samolotami włóczymy się po lotnisku w Pradze.
Na lotnisku w Polsce przy zapokładowaniu wieszają mi przy plecaku z aparatem pomarańczową karteczkę – mam oddać plecak przed wejściem do samolotu, poleci w specjalnym luku na bagaż podręczny. W autobusie demontuję karteczkę stwierdziwszy, że jeśli sobie zechcę rzucić aparatem, zrobię to sama. Oglądając karteczkę później dowiem się, że „bagaż” to po czesku „zavazadlo”. Coś podobnego… ;-)
5 lipca
Doprowadzam mieszkanie do porządku. I znowu myślę co tu robić z czasem. Zaczynam od pisania, po południu zabieram aparat i idę w kierunku Centrum.
9 lipca
Idziemy na spacer z zamiarem zobaczenia wewnątrz Cerkwi na Krwi.
Chowam aparat, owijam głowę trójbarwnym szalem, kurtką spodnie i wchodzimy do środka.
Półmrok nawy, rozświetlony lampkami na łańcuchach, zawieszonymi przed wyzłoconymi ikonami. Oczywiście zakaz fotografowania.
W głównym ołtarzu na lewo od drzwi prowadzących za ikonostas Matka Boska i trzy córki Romanowów; na prawo Chrystus Pantokrator , car z synem na jednej ikonie, na kolejnej Aleksandra Fiodorowna, za nią ostatnia córka.
Wszyscy z aureolami.
Nowomęczennicy.
Po lewej pasja, przyklękam przed ogromnym krzyżem, żegnam i modlę się po swojemu.
Po prawej tablice nagrobne Romanowów.
Białe, marmurowe, ze złoconymi literami, na każdej wizerunek w aureoli.
Przed każdą pali się mała lampka zwisająca z sufitu na złotych łańcuszkach.
Choć to najjaśniejsza część cerkwi, tu robi się mroczno na duszy.
To, jak zostali zamordowani, w tym właśnie miejscu…
Brodaty mnich modli się monotonnie półgłosem przy pulpicie. Stoimy dłuższą chwilę, w milczeniu przechodzimy do czegoś w rodzaju Sali Pamięci – w środku zgromadzone całe mnóstwo reprodukcji zdjęć rodziny carskiej, fragmenty pamiętników ( każdy z rodziny, prócz Aleksego, który był za mały) prowadził własny diariusz.
W innej Sali historia budowy Cerkwi, męczeństwa Romanowów i pamiątki z domu Ipatiewa w którym byli więzieni i w którym zastrzelili ich bolszewicy na rozkaz Lenina.
Dom spłonął w 1979 na rozkaz Jelcyna, ówczesnego pierwszego sekretarza partii w Swierdłowsku, ponieważ za dużo się tam działo – nie tylko prawosławni i nie tylko Rosjanie układali kwiaty, zapalali świece. Wtedy w budynku mieściło się Muzeum Rewolucji. Ręcznik cara, jego własnoręczny podpis, nadpalone fragmenty zdobień i innych elementów domu. Kulawym rosyjskim sylabizuję co napisano na karteczce nad czarnym zawiniątkiem w rogu gabloty.
Czuję zimny dreszcz, bo w środku jest ziemia ze szczątkami carskiej rodziny…
Z Ganinej Jamy, w której bolszewicy ukryli zwłoki siedmiorga Romanowów, trójki służby i lekarza. Miejsce to znajduje się paręnaście kilometrów za miastem, w lesie, który kiedyś zwano Uroczyskiem Czterech Braci.
10 lipca
Jedziemy nad Szartasz, zacząć pracować nad syberyjską opalenizną. Jezioro jest duże, położone na obrzeżach miasta, oblepione daczami, ukrytymi za płotami zrobionymi ze wszystkiego. Dosłownie. Kawałek blachy, parapet, drzwi od szafy czy wejściowe, żadna różnica. Parking totalnie zapchany autami. Poparkowane we wszystkich kierunkach, część w jakimś porządku, ale większość byle jak, gdzie się udało je wcisnąć. Na skraju parkingu, symbolicznie przy szlabanie, prehistoryczny kiosk z drewna, w środku podstawowe artykuły spożywcze z menu bywalca tego typu miejsc – piwo, lody (o dziwo, chipsów nie ma), napoje bezalkoholowe (nieliczne).
Przeciskamy się między samochodami i włazimy do sosnowego lasku otaczającego jezioro.
Z zaskoczeniem oglądamy granitowe ostre i wielkie głazy sterczące z samego brzegu – plaża z wytartą trawą znajduje się kilka metrów od wody.
Instalujemy się na terenie klubu surfingowego.
Słońce grzeje jak cholera, choć jest już po piętnastej.
Leżymy gapiąc się na plażowiczów i łażących. Całkiem dobrze radzą sobie z brakiem podstawowych budynków „nadjeziornych”, tj. toalety, budki z lodami, piwem, napojami chłodzącymi, budki z kawą i frytkami i innym fast foodem. Obserwujemy jak grupka nastolatków taszczy kocioł, taki do gotowania bielizny, aluminiowy, potworne ilości kiełbasy w reklamówkach i takież same ilości piwa i wody w pięciolitrowych butelkach (do kotła). Rozkładają się kulturalnie, popijając piwo, rozpalają ognisko.
W zgrzewkach ubywa piwa, w kotle kiełbasy, a młodzież nie zaczepia innych, nie hałasuje, nie zachowuje się głośno ani chamsko. Siedzą sobie wokół dogasającego ogniska, śmieją się, żartują, pogryzają kiełbasę.
Rosyjska kultura. Jestem pod wrażeniem. Naprawdę.
12 lipca
W drodze na zakupy wypatrzyłam coś przedziwnego. Na zakręcie ulicy rozsypany pęk żywoczerwonych goździków – główki na krawężniku, długie łodyżki na asfalcie drogi. Między nimi ustawiona… flaszka wódki.
Z tych większych.
Nadpita.
13 lipca
Jeżdżąc po mieście z okna taksówki wypatrzyłam nowo otwarte centrum ze sprzętem AGD, obwieszone fruwającymi girlandami białych balonów.
Co w tym dziwnego? Wielka, biała, nadmuchiwana maszynka do mielenia mięsa marki… Zelmer.
Kołysze się na boki na lekkim wietrze. Kawałek Polski daleko od Polski.
14 lipca
Zaczyna być potwornie gorąco. W Polsce leje i pogoda oględnie mówiąc do dupy, solaria zarabiają, bo opalać się nie ma warunków. Tu wychodząc do miasta smaruję odkryte ramiona i ręce kremem z filtrem +50, a i tak wracam do domu coraz bardziej brązowa.
No i bez butelki wody nie da się spacerować.
Kawałek Polski daleko od Polski…
Dostałam zaproszenie na Międzynarodowe Targi w Jekaterynburgu, od polskiej firmy.
Ma być stoisko polskie.
Wypełniamy formularze na dwa zaproszenia.
W upalne tutejsze popołudnie podjeżdżamy pod ogromne Centrum Wystawowe, nieco poza miastem. Najwięcej jest oczywiście firm tutejszych, banków, branży spożywczej, sporo firm usługowych. Największe wrażenie robi stoisko Siemensa, na nim cały nowoczesny wagon metra, otwarty dla zwiedzających.
Wszyscy pchają się do kabiny maszynistów, fotografują się w środku. W ciągu 3 godzin w czasie których obeszliśmy targi, z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że jest to największe zagęszczenie pięknych nóg na 1 metrze kwadratowym…
Polskie stoisko nie dosyć, że skromne, to jeszcze bez obsługi.
Dwie polskie firmy z sektora energetycznego i… to wszystko.
Odchodzimy rozczarowani, po piętnastu minutach przestępowania z nogi na nogę przy standzie, przeglądania folderów po polsku. Nikt nawet do nas nie podszedł, choć rozmawialiśmy po polsku…
Spore wrażenie robi natomiast wystawa ciężkiego sprzętu – transportowego, budowlanego, jest nawet jeden śmigłowiec) przygotowana na placu, na zewnątrz . Pod palącym lipcowym słońcem oglądamy olbrzymy, zastygłe z wbitymi w asfalt zębami gigantycznych łyżek, zacumowane w betonie, dyszące upałem.
16 lipca
Korzystając z chłodniejszego dnia wybieramy się do Ganinej Jamy.
Wyjeżdżamy za miasto, podmiejskie okolice Jeka przypominają mi całkiem polskie przedmieścia. W lasach pełno bezpańskich psów. Już wiem dlaczego nie ma ich w mieście…
Taksówkarz parkuje w krzakach, pokazuje nam gdzie mamy iść.
Wielka drewniana brama, przed nią parę straganów, autokary z pielgrzymami. Wchodzimy.
W środku betonowe schludne alejki, szumi sosnowy las.
Mijamy kolorowe stragany, w których na tle wyzłoconych ikon i chińskich aniołków i szkatułek ziewają schludne panie/panienki w chusteczkach na głowach (wymóg tutejszego prawosławia – kobieta ma mieć zakryte włosy i musi być w spódnicy).
Alejki prowadzą do siedmiu cerkwi – tylu, ilu zamordowano członków carskiej rodziny. Cerkiew cara Mikołaja.
Ikona z jego wizerunkiem zamknięta pod szkłem w ścianie świątyni; kobieta w chustce, długiej spódnicy i sportowych butach modli się z czołem przy wizerunku świętego. Bije głębokie pokłony, mamrocze słowa modlitwy, żegna się raz po raz.
Okrążamy chram; w sosnowym lesie na długim płocie wystawiono fotografie rodziny Romanowów.
Kątem oka oglądam drobną, atrakcyjną kobietę która obok mnie rozmawia półgłosem z dziesięcioletnim na oko chłopcem. Modna ciemnofioletowa kopertowa sukienka w drobny kwiatowy rzucik; sukienka sięga przed kolana. Na ciemnych błyszczących włosach czarna koronkowa chusta; na nogach (gołych!) śliczne czarne sandałki na bardzo wysokich obcasach z wąskich paseczków, paznokcie u stóp jaskrawoczerwone. Usta też; duże czarne oczy z długimi rzęsami. Eh, piękne te Rosjanki, no ale niech mi ktoś powie, że to ja jestem nieodpowiednio ubrana (dżinsy musiałam obwiązać kurtką, a i tak niektórzy patrzyli krzywo).
Za główną świątynią – dwa zagłębienia w których ukryto obdarte z ubrań, poćwiartowane, ze spalonymi kwasem twarzami, ciała.
Dookoła leśnego wykrotu jakby podest, żeby pielgrzymi mogli obejrzeć miejsce pochówku z każdej strony. Największe wrażenie robi na mnie trawa, tak zielona i tak soczysta, że jest to aż nie na miejscu… Czerwone kwiaty w doniczkach poumieszczane w trawie mają być symbolem przelanej tutaj krwi… Prosty, drewniany krzyż stojący nad miejscem kaźni u podstawy zdobią białe, żywe kwiaty.
Przychodzący tutaj najdłużej modlą się pod krzyżem; niektórzy na kolanach spędzają po kilkanaście minut, zatopieni w modlitwie. Przychodzą starzy i młodzi, przynoszą i przyprowadzają dzieci, są wycieczki i całe rodziny. Miejsce pielgrzymek nie tylko rosyjskich wyznawców prawosławia, czytam później w Internecie.
Relacja na świeżo:
czytaj więcej: http://www.starostwo.swidnik.pl/infobiz_server.php?mod=1&aid=524
17 lipca
Spacerujemy coraz więcej i coraz dalej.
Niedaleko mostu na Ósmego Marca, blisko supermarketu budowlanego w mieszczącego się w gigantycznej chińskiej pagodzie, jest restauracja, w której wieczorami grają salsę.
Gorący, duszny, ciężki od zapachów miasta, jekateryński wieczór.
Dziś jest tam tak dużo ludzi, że stoliki stoją na werandzie a pary tańczą na placu przed restauracją.
18 lipca
Z flaszki ustawionej pomiędzy goździkami ubywa wódki. Może to jakiś tutejszy zwyczaj?
Nie bardzo mam kogo zapytać…
21 lipca
Kobiety noszą na ulicy siatkowe cieliste rajstopy. Chociaż temperatura nie spada poniżej 30 stopni. Zauważam, że tu nikt nie obnosi się z tatuażami; no, chyba, że starzy wojskowi. W centrum handlowym kilku panów prezentuje włochate, sflaczałe i tłuste torsy bez koszulek. Wymachiwanie dopiero co zdjętą koszulką nie jest tu niczym nagannym. Nawet w centrum handlowym…
23 lipca
Szartasz. Zaczyna mi sprawiać przyjemność opalanie się w dzikim terenie – brak kibla i budki z frytkami i kawą da się przeżyć.
Jak niegdyś nad polskim jeziorem – wyciągamy kanapki i zimne piwo i oganiamy się od komarów. Słońce praży mimo, że jest grubo po południu. Opalenizna nadal ciemnieje ;-)
30 lipca
Z atrakcji byliśmy w tutejszym wietnamsko-chińskim centrum handlowym.
To było… absolutnie niesamowite.
Ogromne 2 hale, przytulone do siebie, dookoła mnóstwo straganów, jak kiedyś na naszym stadionie 10-lecia. Mnóstwo małych, czarnowłosych, skośnookich, człowieczków; roześmianych, rozgadanych, trajkoczących, biegających. Pojechaliśmy tam po kieckę dla mnie, bo mi się z nudów tutejszych zamarzyła długa i zwiewna.
I kolorowa. Podjechaliśmy, deszcz leje jak cholera (tu pogoda nie ma umiaru; jak gorąco to można umrzeć z upału, jak pada to tak, że świata nie widać) więc straganiarze zwijali mokry asortyment co prędzej, żeby jeszcze nie "domókł". W hali gwar i mnóstwo małych człowieczków; MiniAzja tuż za granicą Europa/Azja. Byłam zachwycona – kolorami, mową, mnóstwem ubrań oczywiście też. Oczywiście kieckę znalazłam, taką jak chciałam, właściwie nawet po pierwszym okrążeniu parteru. Jak typowa baba przymierzam cztery. Różnią się kolorami a ja nie potrafię się zdecydować. Czerwona śliczna. Turkusowa też, to „mój” kolor. A pomarańczowa, ściągnięta z manekina… Cudności, zwłaszcza teraz, kiedy mam ciemne włosy.
Kupuję wszystkie trzy, bo cena jest naprawdę okazyjna… Na piętrze - buty z lekką domieszką bielizny. Od charakterystycznego zapachu butaprenu, którym Azjaci szczodrze uszczelniają buty zakręciło mi się w głowie. Boksy od góry do dołu zastawione i zarzucone aż po sufit autentycznym chińskim obuwiem, którego do nas docierają odpryski. Całe piętro, od góry do dołu buciane. Nie mam stamtąd zdjęć, ale może to kiedyś nadrobię, bo jestem tym ich mini chińskim światem po prostu zafascynowana.
31 lipca
Pogoda piękna, wyłazimy do miasta.
Dzi Dzień Marynarza.
Miasto pełne przebierańców i prawdziwych marynarzy. Nawet kobiety noszą marynarskie akcenty.
Rosjanie... ;-)
1 sierpnia
Ściągam walizkę i zaczynam do niej "niezobowiązująco" wrzucać.
Sukienki oczywiście jadą ze mną.
Dokładnie za dwa tygodnie AlterDiastar.
2 sierpnia
Dzień Komandosa.
Ludzie zwalniają się z pracy, żeby wziąć udział w uroczystościach pańswowych.
3 sierpnia
Jest gorąco i potwornie się kurzy. Na parapetach zalega czarny kurz.
Samochody są zakurzone, ławki w parku, budynki, chodniki, ulice i ludzie.
Choć trzeba przyznać, że ulice są myte. O drugiej nad ranem przyjeżdża pod nasze okno cysterna; z umieszczonego jakieś 2 metry nad ziemią hydrantu puszczają wodę… Łomot strumienia spadającego na blaszane wnętrze cysterny jest straszny - wyrywa nawet z najtwardszego snu.
I tak ze trzy razy do samego rana…
Po kilku dniach dajemy za wygraną, zamykamy okno i włączamy klimatyzację – do cysterny dołączyła wataha włóczących się pod blokiem psów – wyją, szczekają, warczą na zbłąkanych przechodniów i samochody całą noc.
Zadziwiające, że na 14-tym piętrze tak świetnie to wszystko słychać.
5 sierpnia
Z klimatyzatora w sypialni leci grad.
Dobrze, że nie śnieg…
6 sierpnia
Włóczę się po mieście z nadzieją, że sfotografuję coś ciekawego.
Gorąco jak diabli.
Trafiam w okolice kościoła polskiego pw. Św. Anny.
7 sierpnia
Postanawiamy obejrzeć pomnik na geograficznej granicy Europa-Azja.
To 15 kilometrów za miastem.
Spodziewałam się czegoś spektakularnego, wielkości co najmniej Wieży Eiffla, a tu za przeproszeniem, karzeł mojego wzrostu, tyle, że na wysokim dość, jasnobrązowym granitowym postumencie, pośrodku którego biegnie pas czarnego granitu symbolicznie oddzielający Europę od Azji.
Fotografuję sam pomnik bez szczególnego zainteresowania, ot, tak, na pamiątkę; bardziej ciekawią mnie kłódki pozapinane na metalowych prętach tworzących konstrukcję. Pary zamykają tą kłódkę a klucz wyrzucają na znak, że wiążą się ze sobą na zawsze.
Robię chyba ze sto zdjęć; mokre kłódki z imionami par są znacznie ciekawsze. Schodzimy oglądać „Wrota Miłości” – dwa monstrualnej wielkości „łabędzie” szczepione dziobami – pseudosecesyjna konstrukcja z cienkich metalowych prętów pomalowanych na biało, podobno żelazny (!) punkt pleneru tutejszych par młodych…
Bliżej parkingu natrafiamy na kolejną osobliwość.
Zagroda jak dla owiec, z sosnowych drągów, tyle, że dość wysoka, cała obwiązana skrawkami materiału, wstążkami.
Taksówkarz opowiada, że tu też przychodzą pary , żeby się ze sobą związać symbolicznie na całe życie. Znów robię chyba ze sto zdjęć – co tu jest nawiązane…
Ramiączko oderwane od bawełnianej bluzki, białe siatkowe rajstopy, s troiki ślubne z samochodów, wiszące na wstążkach butelki po szampanie, kawałki ręczników, smyczy, szaliki i apaszki; na drewnianej ławce zawiązane dwa… welony. Jeden z różowego tiulu, drugi zwykły, biały…
Są nawet jaskrawoniebieskie, drewniane schodki, jeśli ktoś chciałby zawiązać „swój” symbol bardzo wysoko…
Pan taksówkarz popytał kręcących się w pobliżu i okazuje się, że to nie jest jedyny pomnik na granicy Europa-Azja.
Jedziemy oglądać drugi.
Pada, ale co jakiś czas pojawiają się przebłyski słońca.
Dość daleko za miastem, niemal już w strefie zamkniętej kolejnego miasta, stoi coś jakby żeliwny, płaczący rdzawymi łzami Światowid.
Na leśnym parkingu raptem jeden samochód; niby taksówkarz żaden Samson, ale poczułam się przez chwilę dość niepewnie… Fotografuję wątpliwej urody obelisk i jedziemy dalej, bo okazało się, że jest jeszcze jeden…
Rosjanie to mają fantazję…
Na miejscu okazuje się, że mają też rozmach.
Ginąca prawie w deszczowych chmurach kolumna zwieńczona jest olbrzymim, dwugłowym orłem Piotra Wielkiego. Dookoła coś jakby taras widokowy. Symboliczna granica w postaci szerokiego czarnego pasa zaczynającego się u stóp kolumny. Żeby objąć cały pomnik muszę przejść na drugą stronę ulicy i wleźć w mokrą trawę w rowie. Ludzkie figurki są na jego tle śmiesznie malutkie.
Obok kolejna atrakcja, Rosjanie jednak są przeromantycznym narodem – Drzewko Miłości to dwa odlane z metalu w kolorze starego złota pnie z delikatnymi gałązkami. Pomiędzy nimi ławka ze sceną oświadczyn – on, we fraku, oświadcza się z bukietem kwiatów, na klęczkach, ona lekko odwraca w jego stronę głowę w kapeluszu. Z tyłu coś jakby krzewy utrzymane w podobnej konwencji to na nich jest najwięcej kłódek. Są zwykłe, są w kształcie dwóch złączonych serc, są czerwone, tłoczone, są białe ręcznie malowane w fantazyjne kwiaty; imiona są wypisane markerem, wygrawerowane; czasem imionom towarzyszy sentencja, wiersz lub data. Te zawieszone wysoko na gałęziach nad naszymi głowami, czerwone, wyglądają jak owoce tych dziwnych drzew. W obydwu pniach są dziuple w kształcie serc. To do nich należy wrzucić kluczyk od kłódki.
Na koniec fotografuję szary, betonowy obelisk znaczący granice miasta; na honorowym miejscu głowa Lenina.
Ogromny napis cyrylicą „Ekaterinburg”, przyklejony do leśnego pagórka – prawie jak „Hollywood”… i ruchliwą drogę Europa-Azja.
9 sierpnia
Wstaję w nocy i lecę.
Osiem godzin i będę w domu!!!
Samolot z Jeka ląduje spóźniony w Pradze.
O całe 20 minut. Do następnego mam nieco ponad pół godziny.
Na lotniskach tłum, wakacje. Do kontroli paszportowej czekam prawie 20 minut. Kolejka wkurza się, złorzeczy, kontrolujący nie spieszą się, zupełnie jakby to był włoski strajk. Facet ogląda mój paszport jakby pierwszy raz w życiu widział taki dokument. Wreszcie uchyla się bramka, biegnę do security.
Tam znów tłum, z dziećmi, tobołkami, piłkami, cholerne wakacje! Przepycham się po chamsku, za piętnaście minut mój samolot do Polski odleci! Proszę po angielsku żeby mnie przepuścić, oczywiście nikt nic nie rozumie… Chowam do kieszeni dobre wychowanie, jedną ręką wyciągam pasek ze spodni, rzucam go do pojemnika, drugą wyszarpuję laptopa z plecaka.
Zapominam o kluczach w kieszeni i niestety muszę zostać obmacana, bo bramka wyje. W ekspresowym tempie zbieram swoje rzeczy i biegnę do gejtu.
Pani przy wejściu do rękawa nawet nie prosi o paszport, pyta tylko czy lecę do Warszawy.
Siedem minut przed startem, jako ostatnia, wbiegam na pokład.
Zdążyłam.
Lotnisko, taksówka, samochód.
Jadę do Lublina!
Jest potwornie gorąco, staram się okiełznać klimatyzację.
Ucząc się techniki jazdy dieslem (a niech to cholera!) rozmyślam, że „zagrzeję się” u rodziców i jadę się pakować.
Bo w sobotę wyjazd…
29 sierpnia
Lot powrotny do Eka.
Ciekawe jak tam wygląda jesień?
Cztery godziny kiblowania w Pradze, dobrze, że lotnisko duże i jest gdzie połazić, bo ileż można siedzieć i pić kawę…
Piąta rano i jesteśmy na Kolcowie.
2 września
Spaceruję po zakupy i oglądam tutejszą wczesną jesień.
Jest pięknie i ciepło, ale liście są żółte i sporo ich leży już na chodnikach. Miniaturowe rajskie jabłuszka gotują się na rozgrzanych płytach chodnika na złocistą marmoladę. Wszystko razem pachnie oszałamiająco we wrześniowe popołudnie.
5 września
Czytamy wiadomości z regionu w Internecie.
W Czelabińsku jakiś wybuch w fabryce, wyleciały im opary bromu.
7 września
Coś chyba jest w powietrzu, co ludziom nie szkodzi, a muchom tak – zdychają na balkonie masowo.
Nie nadążam zamiatać.
10 września
Korzystając ze słonecznego popołudnia wyłazimy na spacer.
ZOO wychodzi jakoś tak… przypadkiem. Ciekawostka – ZOO jest piętrowe…
Zawsze mijając te budynki myślałam, że to jakaś pomyłka, przecież zwierzaki muszą mieć więcej miejsca, że to jakiś mini zwierzyniec, a tu proszę.
Rosjanie potrafią…
ZOO z prawdziwego zdarzenia, no może prawie, bo nie mają żyrafy…
Widać natomiast tęsknotę za żyrafą albo aspiracje do żyrafy, bo prawie na każdym wolnym kawałku trawnika ustawione są styropianowe figurki żyraf. Bo największe wrażenie ma tutaj robić oczywiście tutejsza osobliwość, rzadkość na skalę światową – biały tygrys. Poza tym jest cała menażeria która ma sprawić frajdę dzieciakom – wiekowy hipopotam, polarne niedźwiedzie przeżuwające połcie ryby w swoich basenach, wpuszczonych głęboko w ziemię i solidnie okratowanych.
Jest słoń, którego wszyscy karmią czym popadnie i którego można podziwiać również z antresoli.
Jest całe mnóstwo małp, ptaków, gadów, pająków, płazów, ryb.
Sa nietoperze owocożerne. Egipskie.
Ich nazwa rosyjska jest... cudowna ;-)
Wchodzimy na pięterko, tam wszelkie kotowate – czarna pantera pożera wielki kawał mięsa. Nawet przez pancerną szybę słychać jak miażdży kości grubości mojej ręki jednym kłapnięciem. Obok leopard w dostojnej pozie ze swojej kuszetki ogląda rodziny z dziećmi.
W dole widać przez kraty niespokojnie biegającego wzdłuż wybiegu lwa.
Coś kotopodobnego, z pędzelkami na uszach, leży na drewnianej półeczce wybiegu tuż za szybą i gapi się źle w mój obiektyw. Robię fotę a puchata cholera otwiera pysk pokazując komplet żółtawego uzębienia.
Po jej oczach widzę, że błysk lampy się nie spodobał; pancerna szyba tłumi ostrzegawcze prychnięcie i syk kota.
Robię kolejne zdjęcie; nie prycha na nikogo poza mną, inni ludzie i ich kompakty nie budzą w zwierzaku takiej złości jak ja.
Biały tygrys jest… majestatyczny. Choć nie jest to ten największy, syberyjski, to i tak jest wystarczająco królewski, z racji białości. Leży sobie spokojnie na drewnianym legowisku, jakieś 2 metry nad ziemią i 3 metry od szyby. Największy entuzjazm budzi u dzieciaków, kiedy zaczyna obnosić w zębach po wybiegu, zwykłą, samochodową oponę, zostawioną mu widać do zabawy...
Kociaczek… ;-)
12 września
Korzystając z pięknej pogody, dość późnej pory, ostatnich promieni słońca i tego, że spaceruję sama, przymierzam się do jekateryńskiego Manhattanu.
W centrum Iset rozlewa się dość szeroko, ujęty w ramy betonowego nabrzeża; latem spacerują tu tłumy, można wypożyczyć łódkę i kapoki i powiosłować. A jeśli zrobi się z odpowiedniego miejsca zdjęcie, wieżowce z przeciwnego brzegu wyglądają jakby stały na wyspie. Siadam na murku i czekam na błysk światła z aparatem przy oku.
Po jakichś siedmiu ujęciach opuszczam go na kolana i widzę, że nie jestem jedynym fotografującym.
Facet, chudy, siwy włos poniżej ramion, zebrany w kucyk, zagaduje do mnie, uśmiecham się i kulejąc po rosyjsku, mówię, że światło mamy cudne.
Pyta mnie, niezrażony, czym robię. Pokazuję mój kitowy obiektyw, który jednak w większości sytuacji spisuje się świetnie (na wszelki wypadek rybie oko mam ze sobą). Pokazuje mi swoje, 8 mm, piękna robota Nikona.
Za chwilę leci dalej, bo słońce rozdziera chmurę; ja też łapię ten błysk.
A potem chowam aparat i już tylko patrzę jak słońce dogasa między Uspiejskim i budynkami szpitala, za drzewami parku, i na falach Isetu.
A potem polazłam jak każda porządna baba, w stronę centrum handlowego. Trochę się poszwendałam po deptaku i zaraz pożałowałam, że nie mam dłuższego obiektywu albo że nie jest jaśniej (bo już zaczęło się zmierzchać, a tu noc zapada już szybko).
Na niskim stołeczku, przy stopach puszka na datki, siedziała babina w chustce, siwa i niemłoda i wycinała z zamkniętymi oczami i pełnym zaangazowaniem n twarzy skoczne melodyjki na bałałajce.
Stałam z gębą jak karp, bo widok był naprawdę niesamowity.
Mężczyźni grający, tak, ale taka babciunia tutejsza na tutejszym instrumencie...!
13 września
Coraz więcej liści na ulicach, zieleń szarzeje i żółknie z dnia na dzień, park Majakowskiego widziany z okna jest porozrzucanymi plamami żółci, rdzawych odcieni i zielonożółtości. Świeci słońce, ale wiatr wieje lodowaty.
Zaczynam zakładać szalik i rękawiczki wychodząc po zakupy czy na spacer.
15 września
Idziemy na kolację do wietnamskiej restauracji. Nasza nowa znajoma, Irina, zaprosiła nas w rewanżu za chińską kolację do knajpki z której właścicielami jest zaprzyjaźniona. Podjeżdżamy pod przysadzisty budynek a la pagoda, na werandzie którego skośnooka niska kelnereczka ustawia plastikowe krzesełka. Niezły hardcore… Ciekawe co dalej. Irina już czeka, w chodzimy do lokalu i opada nam szczęka. Kolorowe lampiony, wygodne krzesła z wysokimi oparciami, w pokrowcach. Wszędzie pełno wietnamskich/chińskich ozdób; jest nawet mała scena z miejscem dla orkiestry. Jednak największe wrażenie robi kanał w podłodze wyłożonej piaskową terakotą; na powierzchni pływają nenufary, dno pokrywają kamyki, a między nimi śmigają kolorowe wypasione karpie koi. Gdyby nie muzyka prosto z MTV (Lady GaGa na wejściu) miałabym wrażenie, że to wietnamska bajka opowiedziana w środku wielkiego miasta. Siadamy na głównej Sali, bo obydwa gabineciki za barwnymi zasłonami z patyczków są zarezerwowane. Menu w piaskowych okładkach; nazwy dań w dwóch językach, po wietnamsku i rosyjsku. Czyli mniej więcej dowiemy się co zjemy… Irina indaguje kelnera co by nam polecił. W końcu zamawiamy dwie sałatki, dwa główne dania i zupę. Irina pyta nas, czy chcemy spróbować wietnamskiej wódki, czyli nalewki na żmii. Rozmawiamy a na stół wjeżdża pierwsza z sałatek – pomelo i coś zielonego o wyglądzie pietruszki, wiórki surowej marchwi plus jakby skwarki z cebuli. Próbujemy. Niezłe, te jakby skwarki okazują się trochę „plastikowo-cebulowe” w smaku i bardzo chrupiące, coś jakby ze świeżej dymki, ale z owocowym orzeźwiającym posmakiem. Potem dostajemy jakąś wieprzowinę w ostrym sosie i kaczkę z ananasami. Wszędzie są „skwareczki”. Największym zaskoczeniem jest zupa – wjeżdża na stół na koniec, na podgrzewaczu, w małym garnuszku z przezroczystą pokrywką. Pachnie przepysznie. Jakieś mięso, warzywa i przezroczysty makaron. Irina nakłada nam po krążku owiniętym czymś co wygląda jak nori. Mięso okazuje się chude, czymś nafaszerowane; Irina oświeca nas, że to… żmija. Ze skórą. Żmija nie żmija, jest świetna, w smaku przypomina coś pośredniego między ugotowaną piersią kurczaka a tuńczykiem w sosie własnym. Kolorem też przypomina tuńczyka. Szef kuchni nie chce nam powiedzieć czym tą żmiję nafaszerował… To tajemnica Wietnamczyków. Kelner pyta o deser, zamawiamy smażone w cieście banany. Są ostrawe, ciasto chrupkie, wszystko posypane oczywiście… skwareczkami. Irina odwozi nas do domu, jestem pod wrażeniem jak dobrze radzi sobie bez żadnej nawigacji… No ale w końcu, pochodzi stąd.
17 września
Włóczymy się po Jeka. Pogoda się psuje, ale mimo wszystko robię kilka ujęć nabrzeża i w parku na tutejszych Prudach. Wracamy zmoknięci, po żółtych śladach uralskiego Yeti które ktoś wymalował na chodniku.
18 września
Za tydzień lecę znów do Polski.
Nazbierało się roboty. Cieszę się, bo swoje urodziny spędzę w Polsce.
20 września
Upycham w walizce cieplejsze rzeczy i chyba za dwa kilo czekolady.
Ciekawe czy taka ilość zainteresuje celników?
21 września
Moja urodzinowa kolacja parę dni wcześniej ;-)
Odkrywamy armeńską restaurację o obiecującej nawie „Hasz”.
Tyle, że armeński hasz to nazwa zupy z byczych przednich nóg…
Chaczapuri, coś jak bułka w kształcie oka, źrenicą którego jest ledwo ścięte żółtko, jest przepyszne. W środku jest zapieczone coś jakby ser, ale czy biały czy żółty, nawet mnie trudno określić. Szaszłyki baranie są… palce lizać. A wino ma kolor i zapach dojrzałych czarnych jagód, posmakiem przypomina syrop z malin.
Choć restauracja znajduje się w ruchliwym centrum handlowym, w środku zupełnie nie czuje się pośpiechu robienia zakupów. Dyskretna wschodnia muzyka, klimatyczny wystrój, zaciszne pawiloniki oraz świetna kuchnia to przepis „Hasza” na udany posiłek.
Można. Nawet w centrum handlowym…
23 września
Tradycyjnie już, wstaję w nocy (22-ga polskiego czasu) i lecę do Polski.
Na zewnątrz plus trzy stopnie, wieje chłodem. W Polsce podobno piękna jesień. Pewnie jak przyjadę zacznie padać... ;-)
Jak wrócimy będzie już zima, taka ze śniegiem…
Jutro czeka mnie ostra jazda bez trzymanki, wiem, że nie odeśpię różnicy w czasie, a muszę mieć pewne oko i rękę, bo fotografuję.
7 listopada
Jeka wita nas zaskakująco krótką kolejką do odprawy paszportowej.
Od drzwi terminala zacina chłodem i igiełkami lodu.
Na zewnątrz sypie drobny śnieg, skrzący się w świetle latarń. Mróz, około dwunastu stopni, jak dowiadujemy się od pana taksówkarza, gryzie po nogach i twarzy.
A dwie godziny temu było minus 15. Jest za parę minut siódma rano a ciemno jak w Polsce w środku nocy.
Leży jakieś 20 cm śniegu i jakoś tak „zatęsknia” mi się za Polską, za Świętami. Sznury samochodów suną w mroku po autostradzie w obydwu kierunkach, nad lasem widać zapowiedź świtu.
Padamy spać, na dworze dalej ciemno, choć jest blisko ósmej.
9 listopada
Oglądam tutejszą zimę już nie z wysokości czternastego piętra – zimno, owszem, ale nie aż tak jak nam się w Polsce wydaje.
Czapka nie jest konieczna, wystarczy ciepły kaptur.
Rękawiczki, szalik – tak. Ciepłe buty.
Oglądam w drogerii rajstopy o niespotykanej w Polsce grubości – 200 DEN, a w supermarkecie tutejszy hit każdej zimy – toporne walonki. Paskudniejsze to od jeża… Ale wygląda na niesamowicie ciepłe. Dostępne dwie wersje kolorystyczne kremowe (niepraktyczne) i czerwone (eleganckie i seksowne…;-).
Brnąc w sypkim świeżym śniegu stwierdzam, że główne ulice są czarne, odśnieżone, te boczne i osiedlowe trochę przysypane, ale źle nie jest.
Wszystko oporządzone, posypane, a krawężniki i tak widać. Natomiast dzień tu króciutki zimą. Od jakiejś 9.30 do 18.30 (powiedzmy).
10 listopada
Wyłączyli ogrzewanie.
Podobno tylko dziś, ale z Rosjanami nic nie wiadomo… A jak nie grzeją kaloryfery to i ciepłej wody nie ma.
Super. Siedzę w stygnącym mieszkaniu, przy śmierdzącym olejaku i boję się go spuszczać z oka, bo śmierdzi coraz bardziej zamiast coraz mniej. I jakby się nadymiło…?
22-ga i dalej kaloryfery letnie, jak tu administracji wierzyć?
Przeciągam olejaka do kuchni i idziemy spać. Bliżej północy budzę się „kontrolnie” i idę obmacać kaloryfery, bo zrobiło się podejrzanie gorąco.
Grzeją!
Wyłączam olejaka i mogę spokojnie spać do rana.
11 listopada
8.02 – ciemna noc
8.46 – coś jakby świta…
9.17 – zaczyna się dzień
W Polsce święto.
17.22 – dzień zaczyna szarzeć
18.29 – znów ciemna noc
13 listopada
Zimno, wieje, pada śnieg.
Kilka razy dziennie, płatki są różnej wielkości. W domu powietrze tak suche, że co kilka godzin sprawdzam, czy ręczniki które porozwieszałam po kaloryferach są mokre. Jeśli nie są, ciężko jest oddychać.
14 listopada
Coś mnie wyraźnie podgryza, przesypiam cały dzień (niedziela!) na zmianę naciągając na głowę koc i gapiąc się w okno, za którym wirują płatki śniegu.
17 listopada
Świeci piękne słońce i przypuszczam, że jest cholernie zimno.
Przeziębienie puściło mnie po saunie i postanawiam się wreszcie zmierzyć z tutejszym klimatem.
Do oderwania się od komputera zmusza mnie również konieczność; „polskie” rajstopy okazują się niewystarczające na ten klimat. 20 minut spaceru po siedmiostopniowym mrozie i proszę, skończyło się początkami jakiegoś syberyjskiego grypska.
Oglądam tutejsze kuriozum – stragan z rybami na otwartym powietrzu, tuż przed supermarketem w środku miasta…
Niesamowite te wypatroszone łososie bez głów, poskręcane w konwulsjach na mrozie; coś flądropodobnego powtykane do kartonu pionowo, jak opakowania z rajstopami, sterczące ogonami do góry.
Oglądam się jak głupia kilka razy, pewnie wszyscy wiedzą, że jestem nietutejsza… no bo co to za sensacja – mrożone ryby?
C. D. N.

powrót do menu głównego